Improvise or Die

Tym razem to nie moje dzieło – tekst napisał Konrad Pitala, z którym miałam przyjemność przy wielu projektach fotograficznych na ASP, a potem zawędrował na moje warsztaty. Konrada obecnie pracuje w branży kreatywnej i reklamowej, a możecie go poznać TUTAJ.

 

IMPROVISE OR DIE.

Have you ever forgotten about something of highest importance, like a business meeting, event or occasion? Have you ever faced the audience expecting you to tell something brilliant, but only you knew that you had just 5 minutes to prepare? Well, I can tell you – no matter what your profession is, sooner or later you will find yourself in such a funny (hopefully) case. Are you prepared?
Few years ago, I have been attending improvisational, theatrical workshops led by talented improv trainer Małgorzata Różalska. That was a thing! You are on stage. Audience give you a role which you are going to play for them. You have to be flexible. Smart. Charming. Suddenly another person enters the stage, with completely different role. What happens next?

The plot.

When you are alone, you can do a stand-up comedy or monologue. With both of you on the stage, a real story goes on. It’s unpredictable. The plot driven by audience’s suggestions, your improvised interpretation and all the things between can dramatically exceed your creative mindset! Yeah, it works!
This is fun. This is challenging. It’s all about breaking your own limitations.Looking what hides outside the box you are safely living in. Exploring new levels of your imagination. You have to be self-confident to impress the audience. You should carefully drive their attention. Build tension. Entertain.

And then a business thing happens.

Imagine what your regular meeting or presentation would be, if you possess all the above skills. You’d better prepare your audience for mind-blowingexperience. Ladies and gentlemen, please fasten seat belts! What to do next?
Well, if I were you, I would search for the nearest improvisational group, workshops or show. Then go, try & tell me how it has changed your attitude!

Feel free to check Małgorzata’s profile, too:
https://www.linkedin.com/profile/view?id=323945035


Czego chce publiczność i czy powinieneś jej to dać.

– Orgazm!

Krzyczy nawalony widz podczas wieczoru impro na Festiwalu Komedii Szpak w Szczecinie.

– No dobrze, a coś innego?
– Pyta prowadząca występ.

– ORGAZM!
– A może…

– O R G A Z M!

I tu pojawia się pytanie, czy należy go napastliwemu widzowi dać.
Przynajmniej jest szansa, że – jak to facet – zamilknie po nim
przynajmniej na kilka minut.

Kilka lat temu, podczas pierwszego festiwalu 3dwa1 improff w
Konstancinie, Kanadyjczycy z grupy Uncalled For powiedzieli, że bardzo nam zazdroszczą. Że impro w Polsce dopiero się rozwija, a co za tym idzie, musimy nauczyć widzów, jak je odbierać i reagować. I w zależności od tego, jak my ich wychowamy, tak impro będzie postrzegane w naszym kraju. Poczujcie tę odpowiedzialność. Zwłaszcza, że pracujecie nie tylko na swoją sceniczną przyszłość, ale następne pokolenia improwizatorów.

A teraz Was zaskoczę.

Publiczność nie jest naszym panem.
Publiczność to nasze dzieci.

 

Read More


Zbiór męskiej poezji codziennej.

 

Jestem skrybą. Zapisywanie napotkanych sytuacji i zasłyszanych zdań to mój odruch bezwarunkowy. Telefon pełen jest wyrwanych z kontekstu zdań, w torebce walają się zabazgrane paragony i skasowane bilety. Dzisiejsza listopadowa aura naprowadziła mnie na zaplecze poezji. Zaplecze, bo to nic wzniosłego, ot, ścinki i świstki, które zebrały się przez ostatnie lata w kolaż skrywanej przez męskie ego poetyckiej nutki. Dziękuję,
Panowie.

Read More


Gdy chcesz za bardzo.

Wewnętrzny mówca komentuje, snuje domysły, osądza, porównuje, narzeka, lubi, nie lubi i tak dalej. To, co mówi, niekoniecznie ma jakikolwiek związek z sytuacją, w której właśnie się znajdujesz; może to być wspomnienie bliskiej lub dalekiej przeszłości, przymiarka do hipotetycznych przyszłych sytuacji bądź fantazje na ich temat. Gdy w grę wchodzą przyszłe zdarzenia, wewnętrzny mówca często wyobraża sobie, że coś idzie nie po jego myśli, powodując fatalne skutki; popada wtedy w tak zwane zatroskanie.
Eckhart Tolle, „Potęga teraźniejszości”

Co więc się dzieje, gdy głowa nie chce zamilknąć?

Read More


5 scen, które każdy improwizator zagra(ł).
Wczoraj na warsztatach na Politechnice Gdańskiej omawialiśmy sceny i zwróciliśmy uwagę na pewną powtarzalność. Pierwsza dotyczyła wulgarów i powiedzmy, gównianych tematów – ale o tym następnym razem. Druga sprawa to pewien szablon pomysłów, na które nakierowuje nas mózg w pierwszych skojarzeniach. Na początku naszej scenicznej drogi to oczywiste, że wszystko jest świeże i ekscytujące. Gdy jednak po raz trzeci nachodzi nas podobny pomysł, to znak, że pora ruszyć dalej i szukać nowych wyzwań.

Przedstawiam Wam moje top 5 scen, przez które każdy improwizator z jakiegoś powodu przejść musi:

1. Rób to, co ja.
 
W kupie raźniej. Gdy sprawimy, żeby druga osoba robiła to co my, jesteśmy u władzy i mamy kontrolę nad sceną. Partner nas słucha i naśladuje. A przez to, że za czynnością nie idzie myśl, po 5 sekundach się nudzi. I zazwyczaj któreś z Was zrywa tę sytuację i wszystko klapnie, bo cały pomysł na zwrot akcji często ogranicza się do „już nie mogę”,  albo innego zabiegu zatrzymującego akcję.
a) I razem ze mną, step touch, raz, dwa. Nie ociągamy się! Ten tyłek sam się nie zrzuci!
b) I do przodu, ty zaczynasz. Nigdy nie wygramy tego konkursu tańca, jak nie zapamiętasz!
c) Psujesz nasz układ choreograficzny! Jeszcze raz!
d) Wdech i wydech, zrelaksuj się i powitaj słońce.
2. Artysta i model.
 
W jakiejkolwiek pozycji osoba na scenie by nie była i czego nie robiła, zawsze można do niej wpaść i zacząć ją rzeźbić, malować i fotografować. A gdy utkniemy w bezruchu z jakiegoś powodu i pojawi się wybawienie, wspaniale zrobić z siebie zastygniętego modela. Czyż nie?
a) Długo mam trwać w tej pozycji? Ręka mi zdrętwiała.
b) Świetnie pani pozuje, ale trochę więcej sexapilu, będzie z tego okładka.
c) Myśli pan, że to dobry pomysł, żeby trzymał tak nogi?
d) Zrobię z pani gwiazdę, proszę zapozować.
3. Sport.
 
Tu znów mamy dwie opcje – trzymanie sztamy z partnerem i robienie czegoś razem, lub nadanie statusu trenera/zawodnika. A gdy się przyjrzycie – z każdej pozycji da się wyciosać figurę sportową, choćby miało się to skończyć na rzutkach, czy curlingu.
a) Adaś, skacz!
b) Dasz radę Staszek, skoncentruj się, znokautujesz go prawym sierpowym.
c) Nie dogonisz mnie, medal jest mój!
d) Olimpiada już za tydzień, jak się czujesz?


4. Koncert / próba.
 
Znów jesteśmy razem. Albo napieprzamy w instrumenty, co zaraz nam się znudzi, albo mamy problem z zaczęciem koncertu. Zazwyczaj to drugie i w tych scenach do rozpoczęcia koncertu nie dochodzi, bo zafiksowujemy się na szczegółach, jak „kto nawalił”, albo gdzie moja gitara i scena też do niczego nie prowadzi.
a) Nie mogę śpiewać, straciłam głos!
b) Nikt nie przyszedł.
c) Coś nie stroi, Mariusz naucz się grać!
5. Co robisz?
 
Moje ulubione wyjście z każdej sytuacji. Z jednej strony najbardziej tępię na zajęciach, a z drugiej strony mnie wzrusza. Zdarza się, że musisz wyjść na scenę, a w głowie masz pustkę absolutną. Każdemu się zdarza, niezależnie od stażu. Da się z tego wyjść, jeśli zaistnieją dwa elementy. Pierwszy – zaufanie do partnera, działające w dwie strony – wtedy i Ty wiesz, że on Was uratuje, i on wie, że może zrobić z Tobą wszystko. A drugie – musisz być absolutnie uroczy i zupełnie oficjalnie zagubiony. Widzowie kochają pomyłki, jeśli wynikają ze szczerości na scenie. Nie lubią kombinatorstwa i udawania.
a) Co robisz?
b) Co tam chowasz?
c) Chcesz mi coś powiedzieć?
d) Coś ty narobił?
Jeśli zdarzy Ci się zagrać podobną scenę – nie biczuj się z tego powodu. Po prostu następnym razem pozwól sobie szukać głębiej. Zaryzykuj. Nie cwaniakuj i nie staraj się być oryginalny. Niech to będzie prosty pomysł, prosta czynność. Po prostu odrzuć pierwszą i pozwól wypłynąć drugiej. A jak nie zażre – i tak poczujesz się lepiej ze świadomością, że spróbowałeś czegoś ryzykownego, zamiast kolejnego step touch i step out. Poza tym każda z powyższych scen może rozwinąć się w historię godną Tarantino, o ile za czynnością idzie jakiś pomysł, który pociągnie nas dalej, gdy walenie w perkusję się znudzi.

Jak to mawia jeden z moich profesorów z reżyserii – to nie chirurgia, możemy popełniać błędy bez konsekwencji.

A jakie są Wasze typy?


Skoro mówimy o wojnie.

„(…) włączył telewizor. Był lekka obruszany w czasie i oglądał film od końca, a potem jeszcze raz we właściwej kolejności. Film opowiadał o amerykańskich bombowcach z drugiej wojny światowej i o ich dzielnych załogach. Oglądany od tyłu wyglądał tak:

Amerykańskie samoloty, podziurawione, z rannymi i zabitymi na pokładach, startowały tyłem z lotniska w Anglii. Nad Francją nadleciało na nie tyłem kilka niemieckich myśliwców, wysysając pociski i odłamki z niektórych bombowców i członków załogi. To samo zrobiły z zestrzelonymi amerykańskimi samolotami na ziemi, które wzbiły się tyłem w powietrze, zajmując miejsca w szyku.
Bombowce nadleciały tyłem nad płonące niemieckie miasto. Tam otworzyły swoje luki bombowe i wysłały jakieś cudowne promieniowanie magnetyczne, które stłumiło pożary, zebrało je do stalowych pojemników i wciągnęło te pojemniki do brzuchów samolotów. Tam zostały one ułożone w równiutkie rzędy. Niemcy na dole mieli swoje własne cudowne urządzenia. Były to długie stalowe rury, które wysysały odłamki z ciał ludzi i samolotów. Mimo to nadal było kilku rannych amerykanów i kilka uszkodzonych bombowców. Dopiero nad Francją pojawiły się ponownie niemieckie myśliwce i zrobiły porządek, tak że wszystko było jak nowe.
Po powrocie bombowców do bazy wyładowano z nich stalowe cylindry i odesłano je z powrotem do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie pracujące dzień i noc fabryki rozmontowywały cylindry, rozdzielając ich niebezpieczną zawartość na minerały. Szczególnie wzruszało to, że pracę wykonywały prawie same kobiety. Potem minerały rozsyłano do specjalistów w różnych odległych okolicach. Ich zadaniem było ukryć je pod ziemią w tak sprytny sposób, żeby już nikomu nie zrobiły krzywdy.”

 

– Kurt Vonnegut, „Rzeźnia numer pięć

p.s. Zdjęcie zrobiłam na festiwalu teatrów ulicznych.

Przypowieść o kompocie.
Kiedy jest Ci tak źle, że już gorzej być nie może, zacznij się walić kijem po nodze. Kiedy przestaniesz, od razu poczujesz się lepiej.
– F. Gump
Stara historia, wczoraj przypomniana.
Jadę na ważny egzamin na początku studiów. Zima. Psuje się autobus, przez co spóźniam się na pociąg. Na egzamin też. Zdaję jednak później, po trzech godzinach nerwów. Dzień zaczął się źle, ale teraz już jest ok.
Przez obsuwę z egzaminem spóźniam się na próbę do teatru. Na tyle, że już kończą. No trudno. Zwijam się do domu. Ten średnio udany dzień też zaraz się kończy.
Z daleka widzę tłumy na przystanku tramwajowym. Pada mroźny deszcz. Podchodzę – trakcja zepsuta. Wszystko stoi. Dobra, nie ma co, idę na pociąg. – No, ja już pół godziny stoję, coś się zepsuło. – Oznajmia jakiś pan na peronie SKM z tłumu tych wszystkich, którzy wpadli na ten sam pomysł co ja. Dosyć tego. Zawracam.
Żeby przeczekać całe zło, w ciepłym centrum handlowym rozglądam się za ławką. Brak. Siadam na brzegu fontanny i oddycham z ulgą. – Tu nie wolno siadać. – Oznajmia ochroniarz. Najwyższą siłą woli nadal zachowuję się jak cywilizowany człowiek.
Dwie godziny później udaje mi się dotrzeć do domu. Zmęczona. Zmoknięta. Przemarznięta. Wreszcie. Finito. Wchodzę do kuchni, a tam, na blacie, stoi jedna, jedyna rzecz – słoik kompotu z wiśni.
Tak.
To jest to.
Już wszystko będzie dobrze.
Nie mogę otworzyć słoika.
Wołam mamę, chwytamy słoik razem. Nic. Kolejna próba. Nic.
– No to nie będzie kompotu. Weź coś innego. – Rzuca beztrosko mama.
Rozpłakałam się.
Mama wytrzeszcza na mnie oczy. Zrywa się zdezorientowana i rzuca z przestrachem – To może ja przyniosę drugi z piwnicy.
Morał:
Czego ryczysz dziewczyno, jest drugi słoik.

Modelka ucharakteryzowana: Karolina Rucińska

Time of our lives.
Znowu to się stało.
Macie tak czasem? Przypadkowe myśli, a robią burdel w głowie. Ciągną się godzinami, miesięcami. Z jednej strony jest w nich coś niezręcznie patetycznego, a z drugiej przytrafiają się w kolejce do kibla w obskurnym klubie, albo na przystanku, czekając na spóźniony autobus.
Oto i ona. Ta bestia, która łazi za mną od pół roku.
Cholera, ludzie. To są czasy, które będziemy wspominać na starość.
Jeszcze studiujemy / albo już nie. Pracujemy / szukamy pomysłu na siebie. Mieszkamy z rodzicami / już nie. Zaręczyliśmy się / jeszcze nie. Raczej jeszcze nie mamy dzieci. Raczej długo jeszcze nie kupimy mieszkania. Jeździmy po świecie. Nie wiemy, co ze sobą zrobić. Jesteśmy samotni, albo szalejemy. Albo oba. I pewnie będziemy za tym wszystkim tęsknić.
Wywala nas w dorosłość i czujemy to, ale nadal mamy dwadzieścia parę lat – to o nas mówi się „młodzi ludzie”!
I ten przebłysk paniki – czy spędzam młodość tak, jakbym chciała? Czy będę miała co wspominać? Jak skończę zdanie „Za moich czasów…”?
A kiedy myśl się na mnie przyczaiła tym razem? Odpowiedź w zdjęciu powyżej. Wczesny ranek. Plan zdjęciowy etiudy kolegi z roku. Maluję się. Wchodzi Adrian – Gosia, jak wejdzie matka, to upuść pieniądze, wtedy będziemy mogli kamerą pójść za ruchem i cię lepiej pokazać.
BUM!
– Babciu? Babciu!
– Zamyśliłam się.
– Nad czym?
– Jak grałam prostytutkę w takim strasznym domu pełnym wariatów w szkolnej etiudzie kolegi. I później tego dnia graliśmy z Abordażem impro w Blues Clubie po raz pierwszy. Było takie miejsce w Gdyni. I była pełna sala, ludzie siedzieli nawet na podłodze pod sceną. Szał. I chyba nawet napisałam o tym notkę na świeżo założonego bloga, niech no ją znajdę…
…brzmi nieźle. Ale to było wczoraj. A dziś nie wydarzyło się absolutnie nic. I niepokój powraca…
„Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, kiedy umrzesz.”
– Julian Tuwim

Impro… ale… że… co?
– Jesteście taką grupą śmieszków. – Tak sobie wytłumaczył całą sprawę mój kumpel.
 
Słowem wstępu do tematu, rozwinę nieco:
 
Oficjalnie, impro(v), to improwizacje / teatralne / komediowe / kabaretowe. I niezależnie, czy aktorzy wychodzą na scenę zagrać serię kabaretowych scen, czy godzinny spektakl, łączy ich to, że wszystko tworzą na poczekaniu, zazwyczaj w oparciu o życzenia widowni. I to się nawet trzyma kupy. I nie, nie jest ustawione. 
Nieoficjalnie, impro to furtka do zmiany postrzegania świata. Jest jak wytrych, po użyciu którego ludzie robią wielkie oczy pytając „To tak można?”. Otóż to. Można. 
 
(W ogóle można dużo więcej, niż nam się zazwyczaj w życiu wydaje.)
Gdybym dekadę temu nie została siłą zaciągnięta przez koleżanki na impro warsztaty Szymona Jachimka, byłabym dziś dużo poważniejszym człowiekiem. Wzdrygam się na samą myśl. 
Będę na tym blogu dużo pisać o impro. No nie mogę inaczej. W setkach już mogę liczyć godziny przegadane na ten temat. Na scenie spędziłam około 300 wieczorów, w sali warsztatowej nawet nie wiem ile, ale leci 8 rok akademicki gdy co tydzień uczę w niej chętnych do impro przygody. Dodać do tego raz-dwa razy w tygodniu moich impro-treningów od liceum i oto pełen obraz lwiej części mojego życia. 
A jako, że wiem po sobie, że impro dobrze na człowieka działa, a ja lubię dzielić się dobrem, od teraz będę dzielić się z Wami moimi przemyśleniami, obserwacjami i pomysłami. Wbrew pozorom nie jest to bardzo hermetyczny temat. Oczywiście, jeśli zajmujesz się impro, lub właśnie chcesz zacząć – to będą teksty specjalnie dla Ciebie. Ale znam wielu ludzi, których nie obchodzi wskakiwanie na scenę, ale trenują impro dla czystego samorozwoju. Dla pobudzenia kreatywności. Otwarcia na ludzi. Dla radości. 
Ostatnio mój ulubiony wykładowca akademicki, dr Krzysztof Kornacki, (który czasem na zajęciach z filmu zagaduje o impro, odkąd wziął rodzinkę na mój występ) zakrzyknął w rozmowie o moich warsztatach „To skandal! Musi pani natychmiast zacząć kasować za to grubą kasę, bo to za dużo ludziom daje! I nie będą musieli już iść do psychologa!”

 

Czy potrzebujecie psychologa – nie wiem. Pewnie wszyscy potrzebujemy. 
 
Zresztą przyjrzyjcie się z bliska dowolnej grupce improwizatorów. No wypisz, wymaluj – wariaci. Ale czego innego oczekiwać od ludzi, których naczelną zasadą jest:
Tak, zróbmy to!

Bloglovin’
Follow