Co ty robisz na tych festiwalach?



Co ty właściwie robiłaś na tym festiwalu impro?

Jedną z rozgrzewek na moich warsztatach było znajdywanie kogoś, kto „ma tak samo, jak Ty” i moim stwierdzeniem mogłoby być „Kiedy dowiem się czegoś nowego, od razu zakładam, że wszyscy też to wiedzą”. A przez to, że zajmuję się impro prawie 60% mojego życia (policzyłam!) i byłam na około 60 festiwalach, to pytanie „Jak było na festiwalu?” brzmi jak „Jak było w szkole?” i odpowiedź się ciśnie – „normalnie”. 

I potem nikt nie wie, jak było w szkole.

To tym razem Wam opowiem. Myślałam naiwnie, że nakręcę tyle materiałów, że zmontuję odcinek jak Martyna Wojciechowska, z „Kobietą na Końcu Świata”, a w efekcie mam w telefonie nagranie widoku z okna pokoju, minutę gadania, że kocham Włochów, dwa zdjęcia grupowe po warsztatach i pięć zdjęć z imprezy przebieranej. I nigdzie nie widać, że wokół mnie było 650 Włochów.

Pandora International Improv Festival to potężne wydarzenie, które co roku odbywa się w nadmorskiej miejscowości Carrara, nieopodal Pizy. To stamtąd Michał Anioł brał najbielszy marmur do swoich rzeźb. Przez kilka czerwcowych dni zjeżdża się tam około trzydzieściorga trenerów i ponad pół tysiąca uczestników warsztatów. 

Nasz ośrodek został wybudowany w czasach faszystowskich, jeden z uczestników wspomniał, że przyjeżdżał tam na obozy, jako dziecko pracownika Fiata. Dlaczego o tym wspominam? Otóż budynek, z zewnątrz wyglądający niewinnie, w środku jest panpotikonem. Na wysoką wieżę wspinasz się spiralną serpentyną, wypatrując drzwi do swojego pokoju. Na środku nie ma co prawda wieżyczki strażniczej, tylko pusta przestań. Dowiedziałam się, że przeszłości nie było drzwi, ani nawet ścian wydzielających pokoje, więc setki dzieci spały po prostu w rzędach odsłoniętych łóżek, w tej spirali do nieba. 

Możecie sobie wyobrazić akustykę tego miejsca, stojąc na środku, na parterze, można spokojnie zawołać kogoś z 10 piętra. Dlatego pewnie organizatorzy zalecali przywiezienie zatyczek do uszu, żeby w nocy móc zasnąć. Co od razu mnie zestresowało, bo jak w takim razie obudzić się budzikiem rano na próbę? Od czego jednak mamy social media, od razu poradzono mi ustawić alarm… na zegarku. Faktycznie jest to genialne rozwiązanie, acz bardzo dziwne uczucie. Co rano budziła mnie konsternacja, że wibruje mi nadgarstek. 

Sen to towar deficytowy na festiwalach, począwszy od wstawania o 4 rano na samolot, po występy, kończące się o 2 nocy (Włosi!). Nie wspominając nawet o tym, że czasem chciałoby się z kimś pogadać po występie, bo za dnia biega się między warsztatami, próbami, a posiłkami. Muszę jednak przyznać, że włoski tryb imprezy do rana i wstawania chwilę później na warsztaty jest pokrewny… polskim festiwalom. Za miesiąc improwizatorzy będą witać wschód słońca nad Wisłą w Toruniu, podczas festiwalu JO.

Przy tym rodzaju pracy, gdzie na co dzień prowadzisz warsztaty popołudniami i występujesz wieczorami, chronotyp sowy i ADHD z potencjalnie późniejszym wydzielaniem melatoniny są idealne. Do czasu, kiedy nie musisz poprowadzić próby do spektaklu o 9:30 rano. Mimo tego wielką radością było tchnąć życie w przedpołudniowy Mikrokosmos, który próbowaliśmy w składzie międzynarodowych trenerów: Katy Schutte, Tim Orr, Inbal Lori, Anne Rab, Jim Libby, Jacob Banigan (choć nie mógł z nami zagrać wieczorem, bo miał swoje solo), Daniel Malmqvist, Vincent Van Nieuwenhuyze, Lauren Berning, Gael Doorneweerd-Perry i dyrektorka artystyczna festiwalu, Hila Di Castro. 

Zagraliśmy dwa wieczory, w dwóch, połowicznych składach, bardzo różne spektakle, nostalgiczną opowieść o dorastaniu, w domku na drzewie i brawurową podróż przez gatunki literackie w bibliotece. 

Mikrokosmos to format, który wypracowałam z moimi impro adeptami na Uniwersytecie Gdańskim, po tym, jak usłyszałam na moich warsztatach z Free Form we Włoszech na Impro Salento zdanie „jeśli widzisz kurz na stole, to on widzi ciebie”. Moi warsztatowcze słusznie oczekują, że jak matka wraca z delegacji, to przywiezie nowe pomysły. W tym wypadku nie byli zachwyceni prezentem w postaci jedno zdania. Wypracowaliśmy jednak format, który dał nam mnóstwo radości, w Polsce zaczął żyć swoim życiem, na które nie mam wpływu, a ze świata płyną prośby i relacje, od Kopenhagi, Aten i Madrytu, po iO Theatre w Chicago, po tym jak wyreżyserowałam ten format z ich obsadą, po San Francisco czy uniwersytet Princeton.

Najprościej mówiąc, jest to opowieść o ludzkich relacjach i ich odbiciu w innych płaszczyznach rzeczywistości. Emocje odbijają się w otaczających nas przedmiotach, nasze decyzje wpływają na nasze serce i umysł, nie tylko my mam opinie o naszych ubraniach, ale i one mają zdanie na nasz temat. Nasz Anioł Stróż chętnie powie, co myśli o naszych działaniach, mimo że my go nie usłyszymy. 

Najpiękniejsze jest to, że w tej formie odnajdzie każdy typ improwizatora, jest miejsce na głębokie, emocjonalne momenty, jak i na szalone, abstrakcyjne sceny, które wzburzą wodę i znikną. A najbardziej kocham to, jak po występie pochodzą improwizatorzy, którzy byli na widowni i zaciskając pięści mówią, że oglądając występ „tak bardzo chcieli być z nami na scenie”. 

Na próbie Lauren zapytała, czy jako reżyserka mam jakieś konkretne oczekiwania wobec nich, jako aktorów, w wypełnianiu mojej wizji. I zawsze odpowiem to samo (chyba że zdziadzieję): Nie. Daję im wypracowaną mechanikę, w której obrębie mogą zrobić wszystko, co im w duszy gra, stawiam plac zabaw, a to oni oczarują tym, co na nim zrobią. 

Dostałam propozycję, by zagrać w obu wieczorach (sztos), jednakże podczas podpinania mikroportów drugiego wieczoru okazało się, że w ferworze innych występów dwa zestawy ucierpiały, więc straciliśmy i zapasowy, i jeden potrzebny. Kiedy dyskutowałam z technicznymi przy scenie, obsada czekała na zewnątrz i patrząc na nas przez szybę, Vincent powiedział „Gosia zaraz przyjdzie oznajmić, że oddaje mikroport i z nami nie zagra”. Ja powiedziałam do Hili – oddam mikroport i z nimi nie zagram, zapowiem tylko przez mikrofon w ręce – na widowni było paręset osób, to jedyna opcja. Hila zapytała – ale czy zespół będzie z tym ok? Powiedziałam, że pójdę ich zapytać. Wyszłam do nich i… oznajmiłam, że oddaję mikroport i z nimi nie zagram. 

Przytaczam to z dwóch powodów. Na reżyserii zawsze nam mówili, że, po pierwsze, na planie musi się coś wykrzaczyć, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, niezależnie od skali przygotowań. A po drugie, reżyser musi podejmować decyzje szybko i zdecydowanie. I tak zrobiłam, robiłam zdjęcia i super się bawiłam, oglądając, i myśląc, „tak bardzo chciałabym być z nimi na scenie”. Czyli – nadal wygrana. 

Większość czasu na festiwalu jednak spędziliśmy na warsztatach. Przypomnę, było tam 650 Włochów, spragnionych nauki i 25 uczestników z zagranicy (Paweł z mojej ekipy warsztatowej jako jedyny niósł Polską flagę!). Na festiwalu było 12 trenerów zagranicznych i dwa razy tyle włoskich, to już armia! 

Poprowadziłam dwa warsztaty, „All by yourself”, o momentach, kiedy zostajemy sami na scenie, jak nie wpaść w panikę, jak zaprosić widzów i współgraczy do swojego świata i jak zhackować monologi. I „From movies to improv”, o narzędziach reżyserii filmowej dla improwizatorów, o budowaniu filmowej narracji, momentach OHO, dobru, złu, podtekstach, protagonistach, antagonistach i postaciach pomocnych. Po tych pierwszych, zamiast słyszeć początkowe „aż tyle mam być sama na scenie?” Słyszałam „łeee, tak krótko?”. Po tych drugich dyskutowaliśmy, o czym te historie tak naprawdę były  i dokopywaliśmy się do kolejnych znaczeń.

Co ciekawe, standardem na włoskich warsztatach jest to, że trenerom przydziela się tłumacza, a ćwiczenia i sceny odbywają się po włosku. Po paru wizytach się przyzwyczaiłam, jednak wyłapywanie ważnych momentów sceny na bieżąco jest nadal wyzwaniem przy tłumaczeniu symultanicznym. Traktuję to jako dodatkową motywację do nauki włoskiego. Czasem już wrzucam pojedyncze, włoskie słowa w angielskie zdania, ale niekoniecznie adekwatnie, bo Chiara, moja wspaniała tłumaczka, nadal używała innych, dopowiadając, że to ma więcej sensu.

To, co głównie robiliśmy poza warsztatami, to jedliśmy. Najbardziej mnie rozbrajało, że dwa razy dziennie, na lunch i na kolację, dostawaliśmy makaron na pierwsze danie. Bo wiadomo, że cały talerz makaronu to primo. I to trzy makarony do wyboru. Prosiłam o małe porcje, pytali, „tyle?”, mówiłam, „tak, tyle”, to nakładali to i drugie tyle, bo nie wolno tak mało jeść. A jak skomplementowałam ciasto, mówiąc, że „dobre, takie nie za słodkie”, to się okazało, że to najbardziej polska rzecz, jaką mogłam powiedzieć

No, to tak było w szkole. 

A dziś finał kolejnego sezonu akademickiego i występ moich czterech polskich grup warsztatowych. Teatr Improwizacji prowadzę na Uniwersytecie Gdańskim od 2007, czyli roku, w który, urodzili się niektórzy studenci z Młodego Impro, ale to opowieść na inny czas

Podobne wpisy

  • Newsletter / Substack

    Wybiła północ. Białe noce już sięgają bałtyckiego wybrzeża, to mój Bat-Signal, że sezon nocnego tworzenia otwarty. Za dnia uczę improwizacji, w różnych częściach świata, wieczorami występuję z impro i stand-upem, w nocy piszę. Sprawdźmy, czy Substack się do tego przyda, czy to tylko nowy, ADHD-owy bodziec. Z punktu widzenia kulturoznawczyni i twórczyni z ponad 20-letnim…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *