Nie wiem, jak Wy, ale już jestem zmęczona tą całą sytuacją wokół nas, czytaniem wiadomości, stresem i obawami o przyszłość. Dlatego, kiedy dzisiaj usiadłam do nagrywania podcastu (w garażu, w samochodzie, bo w mieszkaniu pracuje mój chłopak na home office) zdecydowałam, że dzisiaj nie będzie nic pożytecznego, nie będzie PO COŚ. Potrzebuję trochę oddechu i beztroski. Czegoś, co będzie pasowało do kwietniowego opalania się na balkonie, w ciepłym słońcu i zimnym wietrze. Dlatego mam dla Was kilka wspomnień z podróży – trochę dziwów, jak księżyc do góry nogami i trochę niezręczności, jak krojenie makaronu widelcem. Zapraszam – weźcie oddech i dajcie się zaprosić.

Listen to "Kanapowe Podróże" on Spreaker.
  • Seattle

Jakiś czas temu byłam w Seattle, na impro festiwalu, gdzie jak zwykle przy takich okazjach, obsada była międzynarodowa. I któregoś dnia poszliśmy do marketu, z grupą Europejczyków (to ważne), żeby kupić po piwie i wziąć do hostelu. Sklep był duży, dwupiętrowy, z kasami u góry, na poziomie ulicy. No to wzięliśmy po piwie i stanęliśmy do kas. Nie było kolejek, to stanęliśmy do kilku kas. I pan kasjer patrzy na mnie i pyta „Hi, how are you?”… a ja łypię podejrzliwie myśląc „czy my się znamy? Czemu mnie pytasz, jak się czuję?”, bo czemu miałby ktokolwiek zagadywać do obcych. Ale myślę, dobra, jesteś w Ameryce, to zachowuj się jak Amerykanie. Odpowiadam więc, że dobrze, dziękuję, że przyjechałam tu na festiwal impro, taki typ teatru, i że dzieje się to za rogiem, tam w dół ulicą jakby chciał przyjść… i wtedy widzę, że on patrzy na mnie z wyrazem twarzy „czy my się znamy? Czemu mi odpowiadasz?”… a jakby tego było mało, to nie mógł zeskanować mojego dowodu, bo skaner działał widocznie tylko na amerykańskie, więc musiał zadzwonić po managera, żeby przyszedł zatwierdzić z dolnego piętra. I tak samo musiała zrobić reszta kasjerów… i w ten oto sposób, zostali uwięzieni na dobre 7 minut z Europejczykami, którzy przez ten cały czas odpowiadali, jak się mają.

Bo czemu ktoś miałby zadawać pytanie, nie chcąc usłyszeć odpowiedzi?

  • Canberra

Nauczona poprzednim doświadczeniem, już nie odpowiadałam ludziom na pytanie jak się mam, tylko odpowiadałam „dobrze, dziękuję”, albo „dobrze, a ty?” nie patrząc tej osobie w oczy i intonując to zdanie jak twierdzenie. Tego też się trzymałam, kiedy stałam w markecie przy kasie, ale tym razem w Australii. Kasjer zapytał „hello, how are you?”, a ja zgodnie z procedurami odpowiedziałam „Dobrze, dziękuję, a ty?”, a on o dziwo odpowiedział, że dobrze, że piękny dzień dzisiaj. No ale ok, odhaczone. Płacę i chłopak mi oddaje banknot mówiąc, że to chyba jednak nie te pieniądze i widzę, że dałam mu 10 euro zamiast 10 dolarów, to się śmieję, przepraszam i podaję dolary mówiąc, że dopiero co przyleciałam z Europy i nie ogarniam (cholera no, wymsknął mi się ludzki odruch). Na co on totalnie zainteresowany pyta skąd jestem, a jaki mamy plan podróży, a że namioty to super, a że taki styl podróży to najfajniejszy, że zazdrości i kibicuje i życzy nam powodzenia. I odeszłam od kasy myśląc „czy ja cię znam? Teraz już chyba tak.”

  • Canberra – Melbourne – Sydney

Skoro już mowa o Australii, to chciałam zwrócić Waszą uwagę na to, jak dziwne jest to miejsce. I nie przez węże i pająki, bo to już nam celnik na lotnisku powiedział, jak zapytałyśmy, że to dokładnie jak Europejczycy sobie wyobrażają Australię, ale to nie tak wcale i że on od lat nie widział takich rzeczy.

Ale. Tu pierwsza rzecz, która zabrzmi dziwnie, ale to „pewnie dlatego, że byliśmy na południu”. I dla nas południe brzmi jak upał i skorpiony, ale tam przecież jest odwrotnie. Im bardziej na południe, tym dalej od równika i tym łagodniejszy klimat. Kiedy siedziałyśmy na plaży w okolicach Melbourne, na południowym brzegu kontynentu, zdałyśmy sobie sprawę, że najbliższy ląd to… Antarktyda. Oookeeej.

W ogóle jest to miejsce, które wydaje się nam zupełnie normalne, jest jak w domu, ale… ma się poczucie, że coś się nie zgadza. Patrzysz w gwiazdy i to nie są do końca te same gwiazdy. Słuchasz z namiotu odgłosów zwierząt nocy i to nie są odgłosy, które znasz. Pewnego wieczoru spojrzałam w niebo i powiedziałam, że szkoda, że przegapiliśmy pełnię, i w ogóle nie wiem jak, skoro spaliśmy na campingach, ale księżyc jest już ubywający, to trudno. Następnej nocy… była pełnia. Co jest jak najbardziej logiczne, ale jakoś nie jest dla Ciebie oczywiste, że przecież patrzysz na Księżyc do góry nogami, więc i fazy ma odwrotne!

I jeszcze jedną dziwną rzeczą było to, że nie mogliśmy prowadzić auta po zmroku i nasze ubezpieczenie w ogóle tego nie obejmowało. Dlaczego? Przez kangury, które od zmierzchu tylko szukały okazji, żeby wpakować się w samochód. I skoro już mowa o kangurach… To są takie trochę ich dziki. Że dzikie, ale jednak po prostu dziczyzna, albo w ogóle szkodniki. A skoro dziczyzna… to i na rodzinnym grillu robiliśmy burgery z kangura. I to jest jakiś dysonans poznawczy dla kogoś z Europy, ale co no… były dobre.

  • Włochy

Skoro mowa o jedzeniu, nie spotkałam się jak dotąd z drugą nacją, która miałaby taką obsesję na punkcie jedzenia, jak Włosi. Pierwsze zderzenie z ich dezaprobatą miałam, kiedy poszliśmy w przerwie warsztatowej coś zjeść, w okolicy południa, czy godziny trzynastej. Zamówiłam pizzę (wiadomo), a jako, że to była dość krótka przerwa w moim całodziennym treningu, to stwierdziłam, że przyda mi się kawa, a jako że piję z mlekiem, to poprosiłam o cappuccino. Kiedy to powiedziałam, wszyscy zamilkli, a kelnerka spojrzała na mnie, spojrzała na moich włoskich kompanów i zapytała po włosku „czy ona mówi poważnie?”, na co powiedzieli, że chyba tak. Zapadła cisza. Kelnerka zapytała po włosku, czy jestem turystką, powiedzieli, że tak. Dostałam moje cappuccino, w aurze skandalu.

Ja w ogóle nie rozumiem ich pór posiłków. U nas się mówi, że śniadanie powinno być jak dla króla, obiad jak dla księcia, a kolacja jak dla żebraka. U nich odwrotnie. Pytam – jak można nie jeść śniadania? Dla nich śniadanie to kawa objętości naparstka i kruche ciasteczko. To się godzi. Jak ja mam funkcjonować, skąd mam mieć siłę, żeby iść na tramwaj. Natomiast kolacja to nich to obiad o godzinie 23. Wtedy wjeżdżają przystawki, potem pizza, a potem makaron. Nie żartuję, jak skończysz jedno główne danie, pytają, czy chcesz teraz wybrać mięso, albo makaron. A potem deser. I likier. Nie wiem, dlaczego wszyscy nie są grubi, ale może dlatego nie chce im się później jeść przez pół dnia?

Kiedy natomiast niedawno w Rzymie, również w przerwie warsztatowej, poszliśmy z ludźmi coś zjeść, wybrali… tajską knajpę… bo przecież włoskie jedzenie mają na co dzień… chlip… i co zrobili? I tak zamówili makaron. I jedliśmy ten pad thai, i miałam jakiś makaronowy kołtun na talerzu, to wzięłam nóż i go rozcięłam. I wtedy stół zamarł. Myślę sobie, o rany, co tym razem? I Włoszka pyta, co robię z tym nożem. No to ja, że kołtun mam. A ona, że za każdym razem, jak tnę makaron nożem, jedna włoska babcia umiera. To ja patrzę jej w oczy i pytam, czy wie, jakie jest ulubione danie dzieci w Polsce latem. Makaron z truskawkami i śmietaną. A ona patrzy mi w oczy i mówi, że za każdym razem, jak jesz makaron z truskawkami i śmietaną, cały dom pełen włoskich babć umiera.

  • Finlandia

Ta część nie dzieje się w Finlandii, ale zawiera Finów. Byli w Trójmieście, kiedy organizowałam międzynarodowe warsztaty na uniwersytecie. Zabrałam ich na zwiedzanie Trójmiasta. Opowiadam, jak jest plan i że możemy też podjechać do Sopotu i pójść na molo – tego słowa używałam, dodając, że nie wiem jak jest molo po angielsku. Oni zaczęli się czerwienić. Dodałam, że to chyba nadal najdłuższe drewniane molo w Europie, na co oni zaczęli się tarzać ze śmiechu. Patrzę na nich i nie wiem, co się dzieje, więc pytam, co to ma znaczyć i że proszę mi natychmiast powiedzieć, co znaczy molo w języku fińskim. Oni na to, dalej się tarzając, że molo „to taki duży, nieco ofensywny penis, którego masz TAK TU”, dodają, wyciągając przedramię i zaciśniętą pięść dyndającą w okolicy twarzy. Ja pytam, ŻE CO, a oni, że „to taki duży, nieco ofensywny penis, którego masz TAK TU”. Dopytałam zafascynowana, że to jest BARDZO specyficzny opis specyficznego typu penisa i czy mają równie specyficzne słowa na inne? I jak się rozgadali… że to słowo na miękkiego, że to na takiego JAK KOŃ, że jeszcze inne… aż zapytałam, jak to możliwe, że mają tyle różnych określeń, kiedy my mamy z grubsza bardziej lub mniej wulgarne i tyle. Na co powiedzieli – SAUNA. Że oni od dziecka całymi rodzinami siedzą nago w saunie, to po prostu ile się naoglądali, to ich.

Aha, jak już doszliśmy (eh) na molo, to zobaczyli kawiarnię Koło Molo i znowu padli ze śmiechu i pytam CO ZNOWU, a oni, że kolo czy jakkolwiek to brzmiało oznacza waginę, czy dziurę, coś w każdym razie jednoznacznie się kojarzącego w tym kontekście… ile zdjęć się narobili, to ich.

  • Amsterdam

Jakiś czas temu byłam gościem teatru Easylaughs w Amsterdamie i jedną z części wieczoru był występ, historia małego miasteczka. Z założenia miało być to miasteczko z kraju, z którego był ich gość. To Jochem pyta „jakie jest takie małe miasteczko pod Bydgoszczą?” – bo popisywał się, że potrafi powiedzieć „Bydgoszcz”. Ja powiedziałam, że nie znam miasteczek pod Bydgoszczą, ale jestem z Gdyni, to mogę podać mniejsze miasto z łatwo dla nich do wypowiedzenia nazwą – i jest to Rumia – ale jest pod Gdynią, nie pod Bydgoszczą. Na co Jochem mówi, że dooooobra, i tak nikt nie będzie wiedział. Jak sobie myślę no doobra, ale Rumia JEST pod Gdynią, ale no jak chcesz.

Na początku występu Jochem wychodzi na scenę zapowiedzieć występ i mówi „Witajcie w Rumi, małym mieście pod Bydgoszczą”… po czym z widowni (w Amsterdamie) odzywa się głos „nieprawda”. Pytam „słucham?”, ona mówi „nieprawda, Rumia nie jest pod Bydgoszczą”. „A gdzie leży?” pytam. „Pod Gdynią”. I ta chwila jest po prostu b e z c e n n a. I myślę sobie, widzisz Jochem, widzowie wiedzą więcej, niż nam się wydaje! Po występie podeszła do nas ta dziewczyna, Polka, z chłopakiem Holendrem i mówi, że niedawno odwiedzali kumpla…w Rumi, bo kupił sobie tam dom. HA!

  • Estonia

Ta sytuacja miała miejsce w Estonii, ale sprawcami byli Łotysze. Otóż podczas festiwalu TILT w Tallinie Trojka z Łotwy zagrała spektakl, na początku którego zapytali, do którego kraju za oceanem mogliby się bohaterowie z USA przenieść – i ktoś powiedział Polska (i to nie byłyśmy my). I zagrali, w ogóle bardzo śmieszną historię, ale w której bohaterowie się w Polsce tarzali wręcz po chodnikach, bo w niedzielę NIC nie było otwarte, żaden sklep i żadna knajpa i umierali z głodu, marząc o naleśnikach. My patrzyłyśmy po sobie robiąc yyyyhm, ooookej, taaaaaa jaaasne, yyyyhm. I potem, kiedy była nasza kolej na występ, zagrałyśmy w jednej scenie parodię poprzedników, w której żadne samochody nie jeżdżą i w ogóle wszyscy powinni być w domach, bo nie wolno wychodzić na dwór… w niedzielę, na Łotwie.

I wtedy było to bardzo śmieszne. I przypomniało mi się ostatnio. I pomyślałam… że nie mogliśmy wtedy wiedzieć, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie za pół roku.