– Macie minutę na przedstawienie się rozmówcy. Nie obchodzi go, gdzie pracujecie, ani jakie szkoły skończyliście, tylko jakimi jesteście ludźmi i co możecie mu sobą zaoferować.
/konferencja Marketing Day

 

Improwizacje są z natury poza strefą komfortu. Nie tylko stajesz w świetle reflektorów, przed ludźmi, którzy Cię oceniają. Trudniejsze jest to, że nie staje przed nimi Julia Capuletti, Królewna Śnieżka, czy Marilyn Monroe. Stajesz Ty i nie zasłaniasz się żadną gotową historią – to Ty nią jesteś i Ciebie czyta widz. To może być przerażające.

 

No dobrze, ale się zdecydowałeś. Improwizujesz. Przeszedłeś trudną drogę przez pojedynki z wewnętrznym krytykiem, przez nietrafione gagi, przez dziwne spojrzenia rodziny, gdy zamiast zajmować się poważnymi rzeczami, wygłupiasz się w piwnicach i wynajętych salkach.

 

Stajesz się bardziej otwarty, riposty się wyostrzają, żarty są coraz celniejsze. Potrafisz porozmawiać z każdym. Na imprezach jesteś w centrum uwagi. Egzaminy ustne to przyjemność, nawet gdy za wiele nie umiesz. Gdy płyniesz na fali, życie wśród ludzi robi się proste, niemiła pani na poczcie Cię nie dotyka, a nawet się rozchmurzy, gdy obrócisz nerwy w żart. Zachłystujesz się nowym sobą. Poznając ludzi, mówisz, że zajmujesz się improwizacjami, sceną, kabaretem. Oni kiwają głowami w rytm zdania „to wszystko tłumaczy”.

 

Otóż nie.

 

Impro nie definiuje tego, kim jesteś. 
To, KIM jesteś, definiuje impro, które robisz. 

 

Na scenie ważne są konkretne umiejętności, granie ciałem, błyszczenie umysłem, oddanie partnerowi. Oczywiście. Jako widz zapamiętasz dobry tekst, zabawną scenę, porozumienie między graczami. To wszystko wzbudza podziw. Ale tym, co wzbudza w widzu niemożliwą do zdefiniowania miłość do gracza, jest jego osobowość.

 

Myślisz, że jesteś fajny, bo dobrze improwizujesz?
No nie, dobrze improwizujesz, bo jesteś fajny.

 

Impro nie buduje Ciebie, tylko Cię otwiera. Odnoszę wrażenie, że młodzi improwizatorzy nie doceniają tego, co mają w środku, a starają podciągnąć się do pewnej równej linii i standardów, i hipotetycznych wymagań. Długo dochodzą do tego, że bycie sobą nie jest „błyszczeniem” i nie oznacza „wybijania się z grupy”. Najlepsze drużyny sportowe nie składają się z klonów, a z silnych jednostek, które wszystkie razem nie mają sobie mocnych. A przecież właśnie to, kim jesteś sprawia, że Twoja królewna, żółw, czy grabarz będą różne od postaci zagranych przez innych.

 

Nie jesteś idealny? Super. Mało wiesz o świecie? Ok, podkreśl to. Widzowie podziwiają kunszt, ale kochają szczerość na scenie i bycie sobą. Oglądając film, nie utożsamiają się z chodzącym ideałem, tylko z tym fajtłapą, który musi pokonać przeciwności, by dojść do celu. Oscary zdobywają filmy bardzo dobrze zrobione, ale kultowe stają się te jedyne w swoim rodzaju, choć nienagradzane.

 

Jako absolwentka trzech uczelni artystycznych mogę Was zapewnić – nie przyjmują na nie tych, którzy „umieją rysować”, a tych, którzy mają coś do powiedzenia, mimo że jeszcze nie wiedzą jak.

 

Masz w sobie pierwiastek szaleństwa, skoro zająłeś się impro. Teraz pokaż w impro, jakie jest to Twoje unikatowe szaleństwo.

 

P.S. I wiesz co? Jak coś Ci nie wyjdzie (czymkolwiek się w życiu zajmujesz) to nie TY jesteś do dupy. Dopiero kończąc studia z reżyserii dotarło do mnie, jak bardzo cierpiało moje poczucie własnej wartości, gdy obrywałam na egzaminach za błędy w moich filmach. A tak naprawdę, gdy ktoś krytykuje Twoją pracę, to krytykuje… twoją pracę. I nic więcej. To, jakim jesteś człowiekiem, nie ma z tym nic wspólnego, bo jest ponad to. Oddziel to, kim jesteś, od tego, co robisz… a odważysz się zdobyć świat.