-No i jak?

Pierwsze pytanie po wyjściu z kina. A jeśli nie padnie, to jest to największy dramat filmu, bo znaczy, że był tak nijaki i nie ma o czym gadać. Kiedy zaczynałam studia z reżyserii, myślałam, że najgorsze, co może się stać, to zrobić zły film. O którym ludzie będą mówić, że jest zły, bo to, bo tamto. A po studiach stwierdziłam, że jest coś gorszego. Zrobić nijaki film. Zwróćcie uwagę na napisy końcowe dowolnego filmu kinowego. Choćby największego gniota. Przy nim pracowały dziesiątki, jak nie setki ludzi. Od aktorów, reżyseria, operatora, dźwiękowców, scenarzystów, montażystów, producentów, charakteryzatorów, kompozytorów, po catering, kierowców, animatorów, stand-in’ów (czyli ludzi, którzy stoją zamiast aktora podczas ustawiania kamery, żeby on nie musiał tak stać, tylko sobie usiadł, wziął łyka kawy, powtórzył tekst i porozmawiał z reżyserem), asystentów, scriptów (pilnujących, które ujęcia już nagrane, a której jeszcze nie), speców od kontynuacji (który patrzą w ekranik i pilnują, żeby warkoczyk był po dobrej stronie i rekwizyt na miejscu), właścicieli lokali i treserów psów potrzebnych do filmu, i dziesiątki, setki innych. I oni wszyscy pracują nad tym, poświęcając się od świtu do zmierzchu, aż nie padną. Nie dni. Tygodnie. Miesiące. Preprodukcji, kręcenia, postprodukcji.

I gdy ludzie wychodzą z kina i zamiast być wzruszeni, to wzruszają ramionami, to jest dramat. I gdy ludzie, zamiast kłócić się, czy film jest dobry, czy bardzo zły, po prostu nie idą do kina, bo „nic ciekawego”, to jest dramat.

A z drugiej strony, zdarzało się, że wychodziłam ze znajomymi z kina i nie odzywaliśmy się kilka minut, idąc na przystanek, bo nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Bo w każdej głowie się kotłowało i myślami jeszcze nie wyszliśmy z filmu. Bo jeszcze przeżywaliśmy. Na zajęciach ze scenariusza mówili nam, że możesz zrobić najbardziej sztampowy i w ogóle nieodkrywczy film, ale jeśli wzbudzisz w widzu prawdziwe emocje, to wygrałeś. I że o to chodzi w kinie.

Zawsze miałam problem z ocenianiem filmów. Filmweb z „gwiazdkami” wydawał mi się niezręcznym wynalazkiem. „Fajny”? „Bardzo fajny”? „Świetne zdjęcia, ale potencjał aktorów niewykorzystany”? „Dyszka za to, jak mną wstrząsnął”?

I kiedyś poszłam na film „Pachnidło”. I zrozumiałam, na czym polega mój problem. To nie jest tak, że ja nie wiem, co myśleć. Mi się to zmienia. 

Już wyjaśniam. W „Pachnidle”, jak łatwo się domyślić, robili perfumy. Można powiedzieć, że konstruowali. Na tym etapie decyduje się, jaki zapach będzie dominował na określonym etapie od psiknięcia. A tychże nut mamy trzy: nuta głowy, nuta serca i nuta bazy. I mój odbiór filmu można podzielić na te analogiczne trzy etapy:

    1. Nuta głowy – to zapach wyczuwalny jako pierwszy, który czujemy od razu po psiknięciu. To on najczęściej decyduje o tym, czy perfumy nam się spodobają. Nuta wyczuwalna od kilkunastu minut do pół godziny.To jest moment wyjścia z kina.To są emocje, które wynoszę z filmu. Pierwsze rozmowy na ten temat. Myślenie nad filmem, zaaferowanie. Lub złość i rozczarowanie. Impulsywne ocenianie.To jest moment, kiedy mogę polecić film w internecie i wyszukać jego ścieżkę dźwiękową, sprawdzić w czym jeszcze grali ci aktorzy. Trwa kilka godzin, maksymalnie do kilku dni.
    2. Nuta serca – zapach jest dominujący w perfumach i nadaje im charakter. Utrzymuje się od godziny do czterech.To jest moment na kilka dni, może tydzień po seansie.Po opadnięciu emocji. Po dyskusjach ze znajomymi. Kiedy przypominasz sobie o filmie, bo zdążyłeś już o nim w międzyczasie zapomnieć. Jakie emocje wzbudza teraz? Czy są takie same, jak na świeżo, tylko stonowane, czy może tamta euforia wydaje się nieco na wyrost? A może właśnie doceniasz, kiwasz głową i myślisz „to był naprawdę dobry film”. U mnie zazwyczaj na tym etapie przychodzi myśl, że „za wysoko oceniłam ten film przygodowy, przecież był zupełnie zwyczajny”. Ale też za to lubię kino przygodowe – idę za emocjami, za przygodą i się nie zastanawiam. Po prostu w nich jestem.
    3. Nuta bazy – tło zapachu. Utrzymuje się od kilkunastu godzin do kilku dni.Kilka tygodni, albo miesięcy po obejrzeniu filmu. Już zapomniałeś, że taki film oglądałeś i możliwe, że jakbyś miał opowiedzieć plan wydarzeń, to nie byłbyś w stanie go odtworzyć. Ten etap decyduje, czy kiedyś do filmu wrócisz – bo jeśli po takim czasie nadal będziesz kiwać głową i mówić „To był bardzo dobry film”, to jak kiedyś będziesz o 1 w nocy wyciągnięty na kanapie przerzucać kanały w tv i na niego trafisz, to go obejrzysz. Nawet do końca. W ten sposób niedawno obejrzałam znowu „Drive” i „Taksówkarza”. Swoją drogą, zdarzyło mi się kilka razy, że po takim czasie dopiero film doceniłam i podniosłam mu ocenę – tak było na przykład ze „Springbreakers”, na którym w kinie się raczej nudziłam, a po jakimś czasie od niego wróciłam z ciekawością, doceniając teledyskową formę i rolę Jamesa Franco.

Tak to wygląda. Obecnie patrzę na filmy pod tyloma różnymi kątami, że żadnego nie da się po prostu ocenić gwiazdką, a raczej trzeba o nim porozmawiać. To raczej pytania otwarte, niż test wyboru. No, ale nie ma co się teraz nad tym rozwodzić, bo w końcu nie mówimy o żadnym konkretnym filmie.

Aha, a oceny na Filmwebie wystawiam na gorąco. Czasem tylko zmieniam, jak po roku natknę się na ocenę, która wyda mi się oburzająca.

A Wy, jak oceniacie filmy?

 

 

/fot. Anna Gnadczyńska